Wiadomo, dają miód, propolis, wosk, ale pełnią też niezwykle istotną rolę jako zapylacze. I tak pod rokiem 1617 Johann Samuel Magnus zanotował, że zima na ziemi żarskiej była bardzo lekka, dzięki temu było wiele pszczół i stąd obfite zbiory.
Przymioty pszczół, takie jak pracowitość, zaradność, ale tez kojarzone z nimi bogactwo, sprawiały, że pszczele motywy pojawiały się dość często w miejskiej ornamentyce. Oto dolnośląski Jawor.
A na kamienicy piękny ul.
U nas także taki motyw znajdziemy. Znajduje się na pięknej kamienicy z 1903 r. przy ul. Wrocławskiej, gdzie dziś znajduje się główna siedziba Żarskiego Domu Kultury. Eh, te inicjały... Niestety to dla mnie wciąż zagadka, według dokumentów, te działki i budynki należały do Fundacji Erdmanna Hoffmanna. Patrząc na księgi adresowe, też nie można znaleźć kogokolwiek o tych inicjałach (no chyba, że chodzi o kogoś z rodziny Girke), więc chodzić może albo o inicjały imion dwóch osób, lub podpis architekta.
To właśnie u nas - na pograniczu Śląska i Łużyc ludność niemiecka przyswoiła sobie dorobek słowiańskiego bartnictwa. Na terenie państwa stanowego Żary jeszcze w XIV w. funkcjonował słowiański samorząd pszczelarski. Ludzie, którzy zajmowali się bartnictwem, nazywani byli "deditzer" - "dziedzice", mieli szereg przywilejów, a produkcja miodu i wosku przynosiła im znaczne dochody.
Aby upamiętnić rolę pszczelarstwa i promować je, z mojej i Pawła Skrzypczyńskiego inicjatywy organizowany jest od 2007 r. Jarmark Miodu i Wina. W tym roku odbędzie się po raz XIV. Kiedyś także można było kupić okazjonalny miód pitny "Dolnołuzycki", co ciekawe...
Okazuje się, że w XVIII w Johann Georg Krunitz. Opisuje wytwarzane okolicach Żar miodów pitnych z wykorzystaniem soku z gruszek.
I kiedyś faktycznie obsadzano całe aleje gruszami. Jedna z takich stareńkich grusz rośnie koło mojego domu. W okolicy jest ich nieco więcej, niestety niepielęgnowane umierają, choć moja wciąż rodzi słodkie owoce.
Dziś spotykać ją w Żarach trudno (co nie znaczy, że nie można, bo można - sam widziałem) - szarańcza - locusta migratoria. W 1338 r. całą Europę, w tym Żary spustoszyła plaga szarańczy. Kolejna odnotowana plaga szarańczy w Żarach miała miejsce w roku 1475, a następna w 1542 r.
Od 2013 r. w Szwajcarii została dopuszczona do spożycia.
Dziś największe spustoszenie sieje ten gatunek - szarńcza pustynna.
Póki co raczej nie dociera do Europy północnej.
Za to mamy w naszym kraju wiele gatunków pająków.
Budzą przerażenie, zwłaszcza płci pięknej...
Przerażenia nie budzi za to pająk na Studni Tkaczy.
Kiedyś edukacji regionalnej nie zaniedbywano wiedzy o lokalnej przyrodzie.
W podręczniku o Dolnych Łużycach Herrmanna Stadke z 1923 r. jest oczywiście także mowa o owadach.
Przede wszystkim..
o szkodnikach drzew owocowych, takich jak:
barczatka pierścieniówka,
kwieciak jabłkowiec, czy kuprówka rudnica. No ale o znaczeniu upraw drzew owocowych na Łużycach już mówiłem;-)
Jakby larwy nie były żarłoczne, to...
wykluwają się z nich piękne motyle i ćmy.
To piękno znalazło swe uznanie we wzorach żarskiej porcelany.
A piękna kobieta - motyl w Jugendstillu zapraszała na początku XX w. do odwiedzin Żar.
Okazje się jednak, że chyba każde niemieckie miasto w tamtym czasie miało pocztówkę z takim motywem.
Owady potrafią być jednak uciążliwe. Dlatego warto dbać o...
Zjadaną ogromne ilości komarów. W ciągu doby jeden potrafi zjeść 20 tys. owadów!
Dlatego w wielu polskich miastach buduje się dla nich budki.
Tak samo domki dla owadów zapylających.
Niestety w naszym mieście nie wyglądają tak ciekawie - oto domek dla owadów w postaci cegły dziurawki zawieszonej na drzewie w parku przy Czerwonego Krzyża.
A to znowu oaza pana Henryka nad Szyszyną i jego domek dla owadów.
Najpożyteczniejszym owadem w mieście jest pszczoła, ale
Nie żądli, tak jak zresztą trzmiele, których ludzie się boją, ale zupełnie niepotrzebnie. Bo choć duży i dość głośny, to na swoim ciele może zabrać dużą ilość pyłku kwiatowego i w zapylaniu bywa skuteczniejszy, niż pszczoły.
Dzięki owadom, miejskie tereny zielone...
A mogą wyglądać tak jak łąka pod moim domem. My z owadami żyjemy za pan brat. I taka symbioza może się naszemu miastu tylko opłacić:-)













































